Pora zmężnieć: czas na euro

Drukuj

Wskazane w "Paradoksie euro" zagrożenia wynikające z unii walutowej nie są powodem, by pozostać przy złotym. Należy je traktować raczej jako wskazówki dla polityki gospodarczej po przyjęciu euro. Tym bardziej, że któregoś dnia ktoś może powiedzieć „stop” i dać prosty wybór: albo pełne członkostwo w Unii (czyli wspólna waluta), albo Dzikie Pola. Bo nie można równocześnie mieć ciastka i zjeść ciastka.

„Paradoks euro” Stefana Kawalca i Ernesta Pytlarczyka to książka błyskotliwa. Autorzy pokazują konsekwencje wprowadzenia wspólnej waluty przez kraje o różnym poziomie konkurencyjności i tłumaczą, w jaki sposób zbyt silny pieniądz wpędza gospodarki o niższym poziomie produktywności w trwałą stagnację. Dowodzą, że eksperyment z euro się nie udał i powinien zostać w kontrolowany sposób zakończony: w pierwszej kolejności unię walutową powinny opuścić Niemcy i inne państwa o wysokim poziomie konkurencyjności. Kolejność odwrotna – tzn., że do narodowych walut w pierwszej kolejności wrócą ci, którzy sobie nie radzą – groziłaby załamaniem ich systemu bankowego i ogólnym chaosem. A systematyczne wycofanie euro (Kawalec i Pytlarczyk proponują przy tym, żeby przynajmniej w okresie przejściowym to Europejski Bank Centralny zarządzał nowymi narodowymi walutami) daje szansę na uratowanie Unii Europejskiej jako obszaru pokoju, dobrobytu i harmonijnej gospodarczej współpracy.

Polemikę z tezami „Paradoksu euro” wypada zacząć od pewnego historycznego wyjaśnienia. Otóż nie jest tak, że twórcy unii walutowej nie zdawali sobie sprawy z zagrożeń, jakie dla mniej konkurencyjnych krajów niesie wprowadzenie zbyt silnego pieniądza. Jednak, żeby przekonać do euro Niemców – zarówno obywateli, jak i rząd – musiało być ono równie solidne jak zastępowana przezeń marka. To dlatego w roku 1993 czy 1996 nikt nie zakładał, że unia walutowa będzie praktycznie od razu otwarta dla wszystkch chętnych. Wprowadzenie euro miało być ukoronowaniem procesu poprawiania narodowych gospodarek tak, by osiągnęły one poziom „europejskiego motoru” – Niemiec i Francji (w latach 90. różnica pomiędzy poziomem konkurencyjności tych krajów była mniejsza niż obecnie). Logika członkostwa w UGiW była taka sama jak poszerzania Unii Europejskiej, do której także w Maastricht otwarto drogę: pracujcie ciężko, spełnijcie krytaeria, a jeśli updobnicie się wystarczająco do najsilniejszych partnerów (którzy wówczas wcale nie byli aż tak silni – koszty wchłonięcia NRD powodowały powszechne obawy o to, „Czy Niemcom się uda?”), zostaniecie dopuszczeni. Takie postawienie sprawy podziałało na kraje Południa równie silnie, co warunkowość akcesji do UE na dawne państwa socjalistyczne. Niestety, dwa z nich postanowiły iść na skróty. Włochy, nie poprawiając instytucjonalnych warunków dla gospodarowania, zaczęły stosować politykę deflacyjną, która umożliwiła spełnienie kryteriów z Maastricht, ale spowolniła tempo wzrostu. Grecja po prostu sfałszowała statystyki, dzięki czemu została włączona do unii walutowej w trzyletnim okresie sztywnego związania kursów walutowych, który poprzedzał wprowadzenie euro do fizycznego obiegu. Ani Włochom, ani tym bardziej Grekom nikt nie kazał tego robić.

W przypadku Hiszpanii i Irlandii, które również mocno ucierpiały podczas ostatniego kryzysu, sprawa jest bardziej złożona bo ich członkostwo w unii walutowej rzeczywiście przyczyniło się do napęcznienia baniek spekulacyjnych, które zmniejszyły konkurencyjność i zrujnowały finanse publiczne. Ale również w tych krajach władze narodowe dysponowały instrumentami mogącymi powstrzymać szaleństwo (np. w Hiszpanii – ograniczając zabudowę terenów nadmorskich). Konsekwencje zaniechania powinny służyć jako przestroga dla wszystkich tych, którzy do euro wejdą w przyszłości: jeśli chce się jechać w grupie bez przerzutek (gratulacje za trafne porównanie unii walutowej do wycieczki rowerowej!) trzeba wpierw zadbać o formę.

Niewątpliwą zaletą książki Kawalca i Pytlarczyka jest przenikliwe rozpoznanie szeregu słabości obecnej unijnej polityki gospodarczej. Wywoływanie deflacji, zwodniczo określane mianem „wewnętrznej dewaluacji” rzeczywiście nie jest receptą na szybkie uzdrowienie mało konkurencyjnych gospodarek, a transfery fiskalne do słabiej rozwiniętych regionów (dokonywane w większości w ramach budżetów narodowych, a nie ze wspólnej kasy Unii) bynajmniej nie pomagają im stanąć na nogi: dawna NRD, południowe Włochy i województwo warmińsko-mazurskie są tak biedne, jak były. Autorzy „Paradoksu euro” słusznie zwracają też uwagę na niebezpieczeństwa wynikające z członkostwa w unii walutowej dla małych gospodarek w rodzaju fińskiej i słowackiej, opierających się na jednym rodzaju produktów lub wręcz pojedynczym producencie (samochody na Słowacji, papier, drewno i Nokia w Finlandii). Również zaproponowany sposób rozwiązania unii walutowej ma sens – zarówno ekonomiczny (najbardziej konkurencyjni wychodzą pierwsi), jak i polityczny (oficjalne żądanie likwidacji euro powinno zostać zgłoszone przez Francję). Wreszcie, sensowne jest – a przynajmniej było –  ostrzeżenie, co się może stać jeśli Unia nie zmieni kursu: niekontrolowane wyjście jednego ze słabszych krajów Południa, a równocześnie zwycięstwo populistów w którymś z krajów Północy, grożące załamaniem całego europejskiego projektu.

„Paradoks euro” napisany został na początku zeszłego roku – czyli przed brytyjskim referendum i wyborami prezydenckimi w USA i Francji – a jego główna teza pojawiła się w debacie publicznej już trzy lata wcześniej, wraz z „Manifestem Solidarności Europejskiej”. Wtedy cofnięcie się do roku 1998 wydawało się realistyczną i być może nawet kuszącą opcją. Dziś jednak przemawia za nim mniej argumentów: Marine Le Pen została powstrzymana na przynajmniej pięć lat, a wraz z Wielką Brytanią znika główna siła dążąca postrzegająca UE jako tylko organizację międzynarodową. Równocześnie, Putin, Erdogan i Trump skłaniają Europejczyków do poważniejszego pomyślenia o własnym bezpieczeństwie i podmiotowości. W tych nowych warunkach, które sugerują szybkie zacieśnianie integracji, rozwiązanie unii walutowej nie byłoby przyznaniem się do błędu, lecz ogłoszeniem fiaska europejskiego projektu. Nawet jeśli ekonomicznie usprawiedliwione, jest to psychologicznie i politycznie wykluczone.

Istota mojego sporu z Kawalcem i Pytlarczykiem sprowadza się w gruncie rzeczy do oceny trwałości narodowej identyfikacji i możliwości polityczno-społecznej integracji Europy. „W przeciwieństwie do USA Europa złożona jest z państw grupujących narody używające różnych języków i scementowane przez odrębne tradycje historyczne i kulturowe. … Nie jest to sytuacja przejściowa” – piszą na stronie 145. I dalej: „Młodzi ludzie z Mazur myślący o karierze zawodowej wyjeżdżają do Warszawy lub Gdańska, podczas gdy równocześnie na Mazurach przedstawiciele klasy średniej z innych części Polski kupują ziemię i budują sobie domy wakacyjne. … Nikt nie proponuje jednak, aby dla poprawy konkurencyjności regionu ustanowić tam osobną strefę walutową. … Czy zakładamy, że w ten sam sposób miałyby zostać rozwiązane lub złagodzone problemy niekonkurencyjności Grecji, Hiszpanii i całych Włoch?”. Otóż – dokładnie tak zakładam. Ten proces już się spontanicznie zaczął i to właśnie inwestycje niemieckiej (oraz brytyjskiej) klasy średniej w hiszpańskie domy wakacyjne przyczyniły się do spekulacyjnej bańki na rynku nieruchomości i w konsekwencji, hiszpańskiego kryzysu. A młodzi ludzie z Południa już dawno zaczęli wyjeżdżać. Nie ma żadnego – przynajmniej moralnego ani ekonomicznego – powodu, by chcieć ten proces zatrzymać albo odwrócić. Wprost przeciwnie: należy go uczynić oczywistym elementem myślenia o europejskiej gospodarce, na przykład poprzez skopiowanie amerykańskiego podejścia do międzyregionalnych dotacji (autorzy „Paradoksu euro” słusznie podkreślają, że działa on automatycznie, poprzez podatek dochodowy i transfery socjalne). Oczywiście, AfD i FN będą protestować, a Mirosław Czech powątpiewać, ale da się to zrobić. Nie będzie łatwo, ale i tak jest to rozwiązanie prostsze i politycznie bardziej sensowne niż postulowany w „Paradoksie euro” powolny demontaż unii walutowej.

Nowe polityczne otwarcie w Unii jest faktem, a wynik wrześniowych wyborów w Niemczech tylko w niewielkim stopniu uszczegółowi jego parametry. Trzymając się rowerowej metafory, można powiedzieć że prezydent Macron postanowił poważnie zadbać o formę, tak aby nie później niż za pięć lat móc jechać na czele grupy. Zarządzanie wspólną walutą zostanie ulepszone, a unijne polityki – w tym zasady przyznawania i rozliczania funduszy strukturalnych – poddane reformie. Niedawno zaprezentowany Europejski Filar Praw Socjalnych pokazuje kierunek myślenia, notabene zbieżny z tym, co o transferach finansowych między amerykańskimi stanami piszą Kawalec i Pytlarczyk.

Równocześnie pojawia się temat dokończenia integracji walutowej, udział w której dla wszystkich członków UE z wyjątkiem Danii jest obowiązkowy. Dotychczasowa interpretacja Traktatów, oznaczająca faktyczną dobrowolność w kwestii przyjęcia euro, nie musi się utrzymać. Jeżeli główną przeszkodą na drodze do członkostwa w unii walutowej miałoby być ustawodawstwo krajowe, to drogą do usunięcia takiej przeszkody jest pozwanie państwa członkowskiego przed Trybunał Sprawiedliwości. I Trybunału raczej nie będzie obchodzić niezdolność polskiego rządu do skompletowania większości parlamentarnej koniecznej do zmiany art. 227 Konstytucji – tym bardziej, że art. 90.1 tejże Konstytucji wyraźnie przewiduje, że „Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach.” W szczególności, zapisy art. 90.1 mogą odnosić się do określonych w art 227 kompetencji NBP, przekazanych Europejskiemu Bankowi Centralnemu na mocy art. 4 Traktatu Akcesyjnego ratyfikowanego zgodnie z art. 90.3.

Ostatnia część książki Kawalca i Pytlarczyka poświęcona jest polskiej gospodarce, dla szybkiego rozwoju której potrzebne są – przekonują – dostęp do rynków zbytów i niezbyt silna waluta. Przez poprzednie 20 lat Polska miała jedno i drugie (choć, warto zauważyć, złoty okazał się o wiele bardziej stabilny wobec euro niż drachma w równie długim okresie poprzedzającym wstąpienie do unii walutowej – zob. wykres poniżej, kolor żółty wyznacza dozwolony przez kryteria z Maastrcht obszar wahań). Ale ten błogostan nie musi trwać wiecznie. Dla słabszych państw strefy euro Polska jest konkurentem jako producent dóbr i usług oraz jako źródło taniej siły roboczej. Do obydwu tych przewag konkurencyjnych przyczynia się fakt, że pozostajemy poza unią walutową. Nie będzie nic dziwnego w tym, gdy któregoś dnia ktoś powie „stop” i stwierdzi, że nie można równocześnie mieć ciastka i zjeść ciastka. I da prosty wybór: albo pełne członkostwo w Unii (czyli przyjęcie euro), albo Dzikie Pola.

No automatic alt text available.

Mimo iż, tak jak pisałem, zasadniczo zgadzam się z ekonomicznym wywodem Kawalca i Pytlarczyka, to uważam że przesadzają z zalecaną dawką ostrożności. Tak, trasa metaforycznej wycieczki rowerowej może okazać się trudniejsza niż zakładamy i łatwiej byłoby ją pokonać dysponując „przerzutką” w postaci możliwości dewaluacji. Ale nie przesadzajmy – bardziej niż słabeuszem, który bez przerzutki będzie musiał zsiąść z roweru, polska gospodarka przypomina zakompleksionego szesnastolatka, który nagle zmężniał i przerósł paru kolegów w klasie – a mimo to jedzie na podwójnej jedynce. Czas bardziej ufnie spojrzeć na własne siły i ruszyć na dorosłą wyprawę.

Czytaj również
  • Filip Filipowski

    Polityka głupcze!!! W tej chwili przyjęcie euro w Polsce to sciene fiction. Szkoda czasu na spory, blogi i książki na ten temat.