O demokracji w Australii

Drukuj

Szczyt G20 w Brisbane może stać się jednym z symbolicznych momentów historii. Wbrew obawom wielu zachodnich komentatorów (i nadziejom Rosjan) nie okazał się nowym Monachium: o prawnym usankcjonowaniu rosyjskiego zaboru części Ukrainy nikt nie chciał rozmawiać, tak samo jak o zniesieniu sankcji nałożonych na Rosję. G20 nie jest klubem demokratów – w spotkaniach biorą udział prezydent autorytarnych Chin i absolutny monarcha Arabii Saudyjskiej – lecz nawet z ich strony Władymir Putin nie doczekał się zrozumienia. Ze szczytu wyjechał przed oficjalnym zakończeniem, przyznając się w ten sposób do porażki. Z punktu widzenia wywierania nacisku na Rosję było to bardziej skuteczne niż postulowane przed szczytem usunięcie jej z grona G20.
Równolegle z dyplomatyczną klęską Putina obserwować mogliśmy spektakularny PR-owy sukces Angeli Merkel. Krótki spacer po barach i pubach ocieplił jej wizerunek, a jednocześnie podkreślił zasadniczą różnicę między demokracją a jej brakiem we współczesnym, coraz mniej równym świecie: demokratyczni przywódcy nie boją się wejść między ludzi, tyrani panicznie ich unikają.