Liberałowie Pawłowa, czyli dlaczego ciągle chcę nowego podatku

Drukuj

Mój wpis o europejskich podatkach doczekał się paru dosadnych komentarzy – przesłanych za pośrednictwem facebooka, żeby broń Boże nie zwiększać poczytności tekstu – oraz jednej obszernej polemiki na sąsiednim blogu Marcina Celińskiego. Wszystkie posłużyć by mogły jako dowód swoistego zezwierzęcenia środowiska liberałów. Słynne psy petersburskiego fizjologa Iwana Pawłowa (na zdjęciu jeden z nich, wypchany dla potomności, sfotografowany przez Rklawton i umieszczony w Wikimedia Commons) śliniły się na dźwięk dzwonka. Liberałowie zaczynają ujadać na słowo „podatki”.

Jak wiadomo, wydzielanie śliny było odruchem warunkowym, nabytym przez psy w toku eksperymentu – dzwonek poprzedzał podanie karmy wystarczająco często, by stać się jej niechybną zapowiedzią. Podobnie u Celińskiego: czyta „podatki” – myśli „socjalizm”. I rusza do ataku, w którego ferworze myli socjalizm z etatyzmem. Ale uwaga! – samo podnoszenie podatków nie czyni nikogo lewicowcem. Ważne jest, na co (wojsko, pałace władców czy pomoc dla nędzarzy) zebrane środki zamierza wydawać. Również zwiększanie puli pieniędzy w dyspozycji administracji nie jest bynajmniej wynalazkiem XX-wiecznej lewicy – wcześniej tego samego próbowali różni europejscy monarchowie, zazwyczaj z kiepskim skutkiem dla gospodarki i własnej popularności.

Te niuanse historii doktryn politycznych nie są jednak istotne. O wiele bardziej niepokoi zaprzeczenie oczywistej zdawałoby się prawdzie, że różne rodzaje spontanicznej indywidualnej aktywności mają różne – pozytywne lub negatywne – konsekwencje dla ogółu. Alkohol i wyroby tytoniowe obłożone są akcyzą, dochód z której przeznacza się np. na finansowanie dzielnicowych bibliotek. Można to oczywiście uznać za przejaw skandalicznej ingerencji w wolność, ale czy Celińskiemu, Janickiemu, Drapejkowskiemu i Godziszewskiemu rzeczywiście jest wszystko jedno, w jakich relacjach ludzie w ich otoczeniu pochłaniają alkohol i książki?

Kwestia podatku transakcyjnego jest dokładnie tego samego rodzaju: przedkryzysowego poziomu dochodów i wydatków nie da się utrzymać, co oznacza, że Unia musi wybrać pomiędzy np. zmniejszeniem dotacji na remont polskich kolei a ograniczeniem dochodów sektora finansowego (podatek został przy tym zaprojektowany na tyle szczelnie, że protestują przeciwko niemu również Amerykanie – czego nie robiliby, gdyby jego prostą konsekwencją mogło być przeniesienie transakcji z City na Wall Street). Da się przy tym policzyć, jakie korzyści wiążą się z remontem torów (miliony osobogodzin zaoszczędzonych dzięki szybszym podróżom), a jakie z działalnością rynków finansowych (choć tu, patrząc na ostatnie pięć lat równie dobrze można by mówić o stratach).

Dotykamy tu kluczowego punktu Marcinowej polemiki: bez względu na to, jakimi epitetami zostanę obrzucony, uważam że realna produkcja jest z perspektywy materialnego dobrobytu ważniejsza od innych form ludzkiej działalności. Pogląd taki można nazywać „marksowym dogmatem”, ale warto wiedzieć, że wyznają go m.in. niemieccy przemysłowcy, którzy właśnie temu, że nie przebranżowili się na „nowoczesną” działalność finansową przypisują dobre wyniki niemieckiej – i polskiej! – gospodarki w ostatnich latach. Tego samego zdania w odniesieniu do własnej działalności wydają się być Chińczycy, Hindusi i Brazylijczycy.

Wreszcie – kwestia integracji europejskiej, na której Celiński po prostu się nie zna, w wyniku czego strzela na ślepo we własną stopę. Po pierwsze, o ograniczaniu aktywności UE mówić można tylko z perspektywy Polski lub Wielkiej Brytanii – krajów, które świadomie zdecydowały się pozostać poza głównym nurtem integracji wyznaczanym przez unię walutową. Jeżeli za miarę federalizacji uznać część wspólnie zarządzanego PKB – a jak dotąd poręczniejszej miary nie znaleziono – to okaże się, że kryzys finansowy wymusił pięciokrotny wzrost na przestrzeni niecałych trzech lat. Tradycyjny budżet Unii (ten, z którego PO obiecywała wyrwać dla Polski 340 miliardów złotych), to około 1 procenta unijnego PKB. EFSF – całe 4 procent. „Dzielenie się na strefy «euro» i «nieeuro»” nie jest zatem przejawem bezradnej aberracji, lecz niezwykle poważnym procesem, który może zakończyć się ponowną marginalizacją Polski – zwłaszcza jeśli będzie lekceważony, tak jak czyni to Celiński. Jeśli chcemy tej marginalizacji uniknąć, powinniśmy przystąpić do paktu fiskalnego (co rząd zapowiedział), głośno deklarować chęć jak najszybszego wprowadzenia euro (czego rząd się boi) oraz wspierać powstawanie takich przejawów eurofederacji, w których od początku będziemy brać pełnoprawny udział – na przykład wspólnotowych podatków (do czego nawołuję).

Po drugie, zgadzam się, że wspólna polityka rolna daleka jest od racjonalności (choć i tak w ciągu ostatnich lat znacznie się do niej zbliżyła) – ale wynika to właśnie z tego, że kształt unijnego budżetu pozostaje przedmiotem międzyrządowych targów, podczas których Francja ma jasno określone i niezmienne od półwiecza stanowisko. Kosztowne absurdy WPR – oraz pomniejszych programów przykrojonych pod potrzeby konkretnych państw członkowskich – da się wyeliminować tylko wtedy, gdy Unia będzie dysponować rzeczywistymi zasobami własnymi. Można się oczywiście spierać, czy zasoby te powinny być oparte na podatku od transakcji finansowych, dodatkowych opłatach lotniczych, akcyzie od połączeń telefonicznych (Komisja właśnie doprowadziła do kolejnej obniżki cen w roamingu), czy też opłatach za emisję CO2. W moim własnym interesie (Celiński doda, że klasowym) jest ta pierwsza opcja.

A w Waszym, drodzy czytelnicy?

[Osoby, które uważają, że podatek od transakcji finansowych dotknie je osobiście, proszę o oszacowanie swoich strat i użycie opcji komentarza. Więcej o podatku można przeczytać na przykład tu:
http://en.wikipedia.org/wiki/European_Union_financial_transaction_tax ].

Czytaj również
  • http://www.celinski.net.pl Marcin Celiński

    W szkołach moich (które kończyłem w ustroju słusznie zakończonym) zawsze mnie uczono, że należy służyć się postępowej części ludzkości. W związku z tym rola jaką wyznaczył mi Krzysztof Iszkowski – poglądowego przykładu „zezwierzęcenia środowiska liberałów” szalenie mi pochlebia, a perspektywa wypchania mojej cielesnej postaci (mam cichą nadzieję, że uczynisz to mój interlokutorze, dopiero po naturalnej śmierci) i uczynienia z tego okazowego eksponatu – przyprawia o dumę.
    Drogi Krzysztofie
    Wklejam ten tekst, zgodnie z życzeniem, także na Twoim blogu, by zwiększyć jego poczytność.
    Przyznaję Ci rację – dostaję ślinotoku na dźwięk alarmowego dzwonka, który słyszę, gdy tworzy się niebezpieczny precedens w pomysłach na finansowanie UE i zaczynam ujadać kiedy słyszę o nowych podatkach. Zapewne ja użyłbym innych określeń, ale dla ułatwienia posługuję się Twoją nomenklaturą.
    Oczywiście możemy bawić się klasyfikacjami i wskazywać, że podatków nie wymyślili socjaliści, ale podobnie jak z monopolami – dzisiejsze nie budzą we mnie obrzydzenia do greckich satrapów czy rzymskich cesarzy, ale do obecnych promotorów takich rozwiązań.
    Przyznać muszę, że tekst Twój spełnia wszystkie pr-owe zalecenia obecnego poziomu debaty publicznej – w komentarzu miesza zarówno myśli przeze mnie wypowiedziane z projekcjami i wyobrażeniami na temat moich poglądów, wrzuca elegancką tezę, ze na integracji europejskiej się nie znam, by zasugerować potem, że dzięki takim zwierzętom jak ja, nie będzie bibliotek, a tory kolejowe nie będą remontowane.
    Z równą swadą mógłbym postawić równie (nie)prawdziwą jak Twoja tezę, że z akcyzy finansuje się religię w szkołach (czyli można po likwidacji religii zlikwidować akcyzy) a inwestycji nonsesownych z pieniędzy UE mógłbym wymienić taką ilość, że idąc Twoim tokiem myślenia uzasadniłbym tezę o konieczności ich zniesienia.
    . Nie zrobię tego, bo wpadłbym w pułapkę demagogii na poziomie zaproponowanym przez Ciebie. Ty jako aktywny uczestnik życia partyjnego tak musisz – ja to nawet rozumiem. Chwalę sobie swoją bezpieczną odległość od układu partyjnego – i ja nie muszę.
    Jako wywołany przez Ciebie do tablicy ograniczę się do skomentowania najważniejszych tez Twojego tekstu oraz sprostowania oczywistych nadużyć, jakich dopuszczasz się komentując mój tekst.
    Otóż pytasz, między innymi mnie, czy nie jest mi wszystko jedno w jakich relacjach ludzie pochłaniają książki i alkohol? Pewnie nie, ale jakie to ma znaczenie dla naszych rozważań? Jedna z cech, które cenię sobie w liberalizmie najbardziej – zasady ma się dla siebie, a nie dla innych. Każdy z nas wie lub czuje, czego mu do szczęścia potrzeba. Ja osobiście lubię łączyć czytanie ze spożywaniem, jeśli siadam do czytania Twojego bloga to zawsze ze szklanką whisky (cholera, może to kolejny odruch Pawłowa?)
    `Setnie mnie ubawił argument, że nawet niemieccy przemysłowcy uważają że produkcja jest najważniejsza. Zapytaj proszę jeszcze generałów, czy armia jest ważna. Nie lekceważę produkcji – zaprotestowałem przeciw jej fetyszyzowaniu w marksowym stylu. Gospodarki współczesne mają różne sektory , a każdy z nich finansuje się z kieszeni konsumentów.
    Aberracją percepcyjną jest twierdzenie, że lekceważę podział na strefy euro i nieeuro. Gdzie znalazłeś to w moim tekście – wiesz tylko Ty(mam nadzieję). To akurat uważam za wielką klęskę idei europejskiej i największe zagrożenie dla jej dalszego istnienia, efekt bezradności i słabości elit UE. Ale receptą na ten kryzys nie jest zwiększenie obciążeń fiskalnych, ja szukałbym racjonalizacji wydatków tak na poziomie UE jak i państw członkowskich. To taka klasyczna różnica mentalna – czy wobec niedoboru szukać dodatkowych danin czy oszczędności w budżecie. Mamy tu różnicę zdań i zapewne przy swoich zdaniach pozostaniemy.
    No i to nieszczęsne finansowanie – będę upierał się przy swoim – jeśli ma być podatek europejski, to w wyniku obniżenia krajowych, lub co uważam na tym etapie za lepsze – w postaci udziału w którymś podatku państwowy (np. przekazywania jakiejś części VAT , PIT czy CIT). Przedstawianie dodatkowych podatków jako jedynej możliwości finansowania Unii jest klasyczną lewicową demagogią. Przypomnę co napisałem w tekście, który komentujesz: „Przerzucenie ciężaru obciążeń europejskich z budżetu państwa członkowskiego na obywatela to zwiększanie podatków – nawet jeśli nie jest to podatek wielki, to dodatkowy i stwarzający niebezpieczny precedens , bo podatek europejski z danin państwowych nas nie zwolni. Zjednoczona Europa zaś ma być korzyścią dla jej obywatela, a nie dodatkowym, nieracjonalnym ciężarem.”
    Finansujemy przerośniętę i nieefektywne państwo polskie – wymagające poważnej zmiany polityki budżetowej. Podobnie jest z Unią Europejską.
    Będę się upierał, że ważną różnicą pomiędzy liberałami a socjalistami jest zakres pieniądza redystrybuowanego i regulacji w ten sposób życia społecznego. W naszym sporze, jeśli ja jestem psem – to z gatunku canis liberalis, a jeśli Ty człowiekiem to z gatunku homo socialas.
    Martwi mnie nieco powiew wielkiej polityki wprowadzony przez Ciebie do blogosfery Liberte! – w stylu obecnego mainstreamu politycznego. Ten potencjał powinieneś zachować do wystąpień z trybuny sejmowej, tam określenia zezwięrzecenie, ujadanie itp. są właściwe – Kaczyńskiemu, Palikotowi, Niesiołowskiemu, do których zapewne z czasem dołączysz (szczerze Ci tego życzę, ponieważ nie jest mi obojętne, czy ludzie wokół mnie są szczęśliwi i znajdują pole dla samorealizacji).
    Pozdrawiam
    Marcin Celiński

    • Krzysztof Iszkowski

      > tekst Twój spełnia wszystkie pr-owe zalecenia obecnego poziomu debaty publicznej – w komentarzu miesza zarówno myśli przeze mnie wypowiedziane z projekcjami i wyobrażeniami na temat moich poglądów

      – i wzajemnie, że zacytuję z Twojej pierwszej polemiki: „Krzysztof Iszkowski, był uprzejmy na swoim blogu napisać zdań parę na temat pomysłu europejskiego podatku transakcyjnego. Parę zdań, będących doskonałym i klarownym objaśnieniem stanowiska skrajnej części europejskich socjalistów w tej sprawie.”; „Pozostawianie zbyt wielkiej masy pieniężnej w ręku prywatnym powoduje bezrozumne wydawanie jej przez nieodpowiedzialne jednostki.”
      – zapewniam Cię, że naprawdę skrajni socjaliści mają naprawdę skrajne wizje, daleko wykraczające poza 1-promilowy podatek; a jeśli chodzi o ograniczanie wolumenu transakcji na rynkach finansowych, to chodzi mi nie o ukrócenie bezmyślności (bo to rzeczywiście lewacka utopia by była), lecz o ostudzenie tych rynków w sytuacji kiedy utrzymują się dysproporcje w sytuacji ekonomicznej różnych części Unii.

      • http://www.celinski.net.pl Marcin Celiński

        z pokorą przyjmuję – masz rację, na pewno w Europie zdarzają się bardziej od Ciebie skrajni socjaliści :)

      • Mateusz

        Tak na marginesie wspomina Pan o 1promilowym podatku, że taki niby malutki, owszem malutki, ale podatek np. dochodowy w chwili wprowadzenia nie wynosił 40% lecz duuuuuuuuużo mniej

    • Krzysztof Iszkowski

      > Otóż pytasz, między innymi mnie, czy nie jest mi wszystko jedno w jakich relacjach ludzie pochłaniają książki i alkohol? Pewnie nie, ale jakie to ma znaczenie dla naszych rozważań?

      – takie, że Twoje osobiste preferencje w tej sprawie przekładają się (oczywiście pośrednio, poprzez kartkę wyborczą etc.) na demokratyczne decyzje, co i w jakim stopniu powinno być opodatkowane (akcyza vs VAT na książki).
      Choć może i takie oddziaływanie na zachowania współobywateli uznasz za niedopuszczalne?

      • http://www.celinski.net.pl Marcin Celiński

        Tu wychodzi fundamentalna różnica pomiędzy nami – dla mnie podstawową funkcją podatku jest zebranie określonej puli środków koniecznej dla realizacji zadań publicznych, a nie kreowanie zachowań ludzkich (na zasadach fizjologii odkrytych przez Twojego ulubionego rosyjskiego naukowca). System podatkowy wpływa na zachowania obywatela, ale nigdy w stopniu takim, jak sobie wyobrażasz – nie uczyni z alkoholików koneserów literatury iberoamerykańskiej, bez względu na to jak podkręcisz różnice obciążeń. Nie wchodząc w głębsze rozważania, które są tematem na zupełnie inną dyskusję, w obecnym systemie w krajach rozwiniętych – wielopodatkowym – państwa oczywiście wybierając przedmiot opodatkowania i wymiar kierują się przesłankami użyteczności dobra fiskalizowanego. I to co piszesz o obciążeniu książek i alkoholu – to cytując klasyka – „oczywista oczywistość”. Nadal jednak pojąć nie potrafię co to ma wspólnego z naszymi rozważaniami? Odmienne od Ciebie uważam, że podatek nakłada się by pozyskac środki na realizację zadań, a nie po to by ograniczyć np. populację brodatych czy rudych, bo ktoś uznał, że są „społecznie nieużyteczni” Akcyza dla mnie jest źródłem dochodów do budżetu a nie piętnowaniem alkoholu jako zła.

        • Krzysztof Iszkowski

          > Nadal jednak pojąć nie potrafię co to ma wspólnego z naszymi rozważaniami?

          – to, że z czegoś unijne polityki trzeba finansować. Mamy wybór: z wpłat państw czlonkowskich (a więc z VAT, PIT, CIT etc – ze wszystkimi tego konsekwencjami dla realnej gospodarki), albo z podatku od transakcji finansowych, który nawet jeśli dotknie obywateli, to raczej tych mających nadwyżkę finansową, na zainwestowanie której nie mają własnych pomysłów.

    • Krzysztof Iszkowski

      > No i to nieszczęsne finansowanie – będę upierał się przy swoim – jeśli ma być podatek europejski, to w wyniku obniżenia krajowych

      – OK. Większe źródła własne oznaczają mniejsze wpłaty poszczególnych państw członkowskich, co daje pole do obniżenia podatków. Jest to do decyzji poszczególnych rządów/parlamentów.

      • http://www.celinski.net.pl Marcin Celiński

        No i znowu zadzwoniłeś, a ja będę ujadał. Naprawdę nie wiesz, że bez względu na to, czy to jest składka państwa członkowskiego czy podatek europejski to finansowany jest ze złotówek z mojego i Twojego portfela? Wiesz doskonale, jakie byłyby decyzje rządów/parlamentów. Jeśli budujemy silną Unię (której jak rozumiem obaj jesteśmy zwolennikami) to ta akurat regulacja powinna być traktatem ratyfikowanym przez jej członków. I stanowić system spójny z państwowymi, a nie radosną twórczość (może od transakcji, może od transportu lotniczego, może od telefonii komórkowej, a może od średniej temperatury lipca). UE jeśli ma istnieć nie może sobie pozwolić na obciążanie nawet najbardziej pośrednimi i ukrytymi podatkami obywateli. Mamy ich już pod dostatkiem

    • Krzysztof Iszkowski

      > Finansujemy przerośniętę i nieefektywne państwo polskie – wymagające poważnej zmiany polityki budżetowej.

      – zgoda.

      > Podobnie jest z Unią Europejską.

      – powtarzam: drogą do zwiększenia efektywności unijnych polityk jest wyjęcie ich spod wpływu międzyrządowych targów

      • http://www.celinski.net.pl Marcin Celiński

        Z tą tezą absolutnie się zgadzam – ale nie dodatkowymi obciążeniami fiskalnymi. Przekazując zadania do realizacji przez UE nalezy przekazać środki – np. w formie udziału w podatku państwowym i automatyzmie podatkowym zamiast składek. Nowe podatki nie są sine qua non takiego rozwiązania

  • Piotr Beniuszys

    Choć niewymieniony z nazwiska, także czuję się w grupie tych, których narzekający na stosowanie wobec niego epitetów Autor porównał do psów. Porównanie chybione, ponieważ w istocie nie zawsze z góry należy odrzucać projekt podniesienia podatku czy wprowadzenia podatku nowego. Zwłaszcza jeśli w krytycznej sytuacji są finanse publiczne, deficytu ograniczyć się chronicznie nie udaje, a dług rośnie w znacznym tempie.

    Jednak w mojej ocenie problemem Europy jest nadmierna fiskalizacja. Pogłębienie integracji europejskiej w stronę projektu o charakterze federacyjnym jest pożądanym zjawiskiem. Drogą do jego osiągnięcia jest jednak, tutaj nic się nie zmieniło od 30 lat, dalsze delegowanie prerogatyw państw na poziom unijny, wraz z pieniędzmi do realizacji tych zadań potrzebnymi oczywiście. Pomysł, aby w tym celu Unię uzbroić w większe środki finansowe, jest dobry, ale budzi narastający opór państw członkowskich, które ze swych budżetów do Brukseli chcą przekazywać mniej, a nie więcej. Dlatego idea stworzenia nowego podatku jest w gruncie rzeczy pomysłem na obejście problemu blokowania zwiększenia budżetu unijnego przez państwa zazdrośnie strzegące swojej kiesy. Tylko dlaczego za przeforsowanie projektu pogłębiania integracji mają płacić obywatele zwiększeniem całościowego wolumenu fiskalnych danin?

    Jestem istotą „zezwierzęconą”, psem Pawłowa, ponieważ zaczynam wyć, gdy słyszę „nowy/większy podatek”. Załóżmy, że tak jest, trudno się mi o to spierać. Mógłbym jednak przypisać podobny mechanizm odruchowy tym wszystkim, którzy od 2008 r. rytualnie pomstują na „rynki finansowe”, rzekomo winne obecnemu kryzysowi. Mógłbym, ale takiej retoryki nie stosuję, wolę mówić o „modzie intelektualnej”. Ulega jej Autor, uzasadniając ideę nowego podatku tym, że przecież dotknie on te przebrzydłe „rynki finansowe”, banki i całe to ohydztwo. Jednak transakcje przeprowadzane są pieniędzmi należącymi do ludzi, którzy za ich pozyskanie zapłacili już podatek, a to dochodowy, a to od zysków inwestycyjnych, a teraz mieliby płacić od tego samego grosza podatek trzeci za jego transfer. „Rynki finansowe” zwykły, jak każdy, przerzucać swoje rosnące koszta na klientów i ten nowy podatek i tak zapłacą Iszkowski, Celiński i Beniuszys, gdy tylko skorzystają z jakiejkolwiek usługi finansowej.

    Całym sercem poparłbym ideę zwiększenia puli budżetowej w dyspozycji Unii i jej większą federalizację, gdyby suma danin obywatela na rzecz państwa/Unii nie musiała przy tym rosnąć. Gdyby rządy państw członkowskich także poparły ideę pogłębienia unijnej integracji i zdecydowały, że wpływy z któregoś już istniejącego podatku będą automatycznie wpływać do Brukseli, zamiast Berlina, Warszawy czy Helsinek. Rzecz w tym, że nie popierają, ponieważ większość opinii publicznej w krajach Europy już tego nie popiera. I na pewno nie zacznie popierać, gdy skojarzy rozwój integracji europejskiej z nakładaniem nowych podatków i rosnącymi rachunkami za prowadzenie kont w bankach.

    Z pozdrowieniami

    Piotr Beniuszys, liberał Pawłowa

    PS Do serca biorę sobie żale Autora, że komentarz do zeszłotygodniowego tekstu zamieściłem tylko na Facebooku i zredukowałem poczytność owego tekstu. Bardzo przepraszam, to się więcej nie powtórzy.

    • Krzysztof Iszkowski

      > Tylko dlaczego za przeforsowanie projektu pogłębiania integracji mają płacić obywatele zwiększeniem całościowego wolumenu fiskalnych danin?

      – To pytanie jest albo demagogiczne („wszystkie podatki i tak przerzucane są konsumentów”), albo wynika z nieznajomości propozycji podatku transakcyjnego.

      W pierwszym przypadki odpowiedź brzmi „bo nikt inny za to nie zapłaci” – pieniądze nie spadną z Marsa, Europejczycy sami muszą je zarobić.

      W drugim – wyjaśniam, że podatek od transakcji finansowych miałyby płacić nie osoby fizyczne, lecz instytucje finansowe (banki, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne, towarzystwa ubezpieczeniowe etc.) ulokowane w UE. Kredyty mieszkaniowe, pożyczki dla małych i średnich przedsiębiorstw, bieżąca wymiana walut i emisje nowych akcji byłyby z niego zwolnione. Przypominam także o proponowanej przez Komisję wysokości: 0,01 do 0,1 procent.

      • Piotr Beniuszys

        To pytanie demagogiczne nie jest! Skoro Unia przejmuje od panstw funkcje, to znaczy, ze panstwa tych funkcji realizuja mniej. Unia potrzebuje wiec wiecej srodkow, a panstwa mniej. Jednak ogolna suma podatkow powinna pozostac taka sama, poniewaz jest to nadal ten sam zakres fukcji publicznych. Chyba ze Unia bedzie realizowac jakies dodatkowe funkcje, dotad przez nikogo nie realizowane. To, byc moze, uzasadnialoby nowy podatek. Ale najpierw trzeba obywatelom powiedziec, co za to zyskaja, a oni powinni miec prawo zdecydowac, czy tego chca. Bo jesli ma to sluzyc pokryciu kosztow stworzenia kolejnych setek etatow dla eurokratycznych darmozjadow, to ja np. dziekuje.

        Do drugiej czesci, skrajnie naiwnej, ze to nie osoby fizyczne zaplaca ten podatek, juz sie odnioslem. Banki, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne to my, ich klienci. One maja nasze pieniadze i z nich zaplaca dodatkowy podatek. Kazdy, kto twierdzi inaczej, to dopiero uprawia demagogie.

        • Krzysztof Iszkowski

          Pisanie o „setkach etatów dla eurokratycznych darmozjadów” to jednak jest demagogia, z dwóch co najmniej powodów:

          1) Instytucje unijne tną właśnie koszty osobowe – są zwolnienia, a tym, którzy zostają zmniejsza się rozmaite dodatki do pensji i wydłuża czas pracy. Robione jest to z większą konsekwencją niż w administracji niemieckiej, nie mówiąc już o polskiej.

          2) Kontrola z Brukseli jest sposobem na poprawę efektywności administracji narodowych – vide niedawne wstrzymanie wypłaty środków na rozwój regionalny po tym, jak okazało się, że są używane bez sensu.

          W pozostałych kwestiach odpisałem już powyżej i poniżej.

    • Krzysztof Iszkowski

      > transakcje przeprowadzane są pieniędzmi należącymi do ludzi, którzy za ich pozyskanie zapłacili już podatek, a to dochodowy, a to od zysków inwestycyjnych, a teraz mieliby płacić od tego samego grosza podatek trzeci za jego transfer.

      – na tej samej zasadzie można twierdzić, że właściciel bufetu, w którym jadasz obiady nie powinien płacić podatków, bo Twoja pensja, z której za te obiady płacisz, została już opodatkowana!
      Wiele osób naprawdę tak myśli i stąd szara strefa, której istnienie prowadzi do podwyższania podatków dla tych, którzy nie mogą do niej uciec. Obniżenie podatków będzie możliwe tylko wtedy, gdy wszyscy będą je płacić.

      • Piotr Beniuszys

        Trudno to nawet komentowac… Jesli przekazuje szefowi bufetu srodki platnicze w zamian za posilek, to nastepuje transfer wlasnosci srodkow platniczych i osobnik ten notuje zysk. Od tej jego czesci, ktora wykracza ponad poniesione koszty towaru i uslugi, uiszcza podatek. Jesli zas np. fundusz inwestycyjny w moim imieniu kupuje papiery wartosciowe i transferuje w tym celu srodki platnicze, to zaden zysk przeze mnie i fundusz jeszcze nie zostaje zanotowany. Dopiero po korzystnym odsprzedaniu papierow pojawia sie zysk, a ja, jesli go realizuje, to oplacam podatek od zyskow inwestycyjnych. I to jest odpowiednikiem podatku placonego przez pana z bufetu. Natomiast podatek od transferow generuje dodatkowy obowiazek podatkowy w momencie przekazania srodkow platniczych i to w sytuacji, gdy uzyskanie przyszlego zysku bynajmniej nie jest pewne. Tak wiec od pieniedzy, ktore opodatkowne byly, gdy je po raz pierwszy nabylem (np. PIT), odprowadzam kolejny podatek.

    • Krzysztof Iszkowski

      > ten nowy podatek i tak zapłacą Iszkowski, Celiński i Beniuszys, gdy tylko skorzystają z jakiejkolwiek usługi finansowej.

      – wiara, że banki chciałyby nam przychylić nieba, ale nie mogą, bo muszą płacić podatki wydaje mi się cokolwiek naiwna. Mam silne przekonanie, że wysokość opłat za prowadzenie kont zależy od stopnia konkurencji między bankami, a nie od kosztów ich działalności – a nawet jeśli, to jest wiele miejsc, w których te koszty można obciąć.

      • Piotr Beniuszys

        A kto tu wyrazil wiare w to, ze banki chca nam nieba przychylic? Banki chca nas oskubac. Jesli beda mialy mniejsze zyski za sprawa nowych podatkow, ich wola i kreatywnosc w zakresie klientow skubania tylko sie nasili. Kto mysli, ze zamiast dodatkowo skubac, beda frenetycznie szukac mozliwosci redukcji swoich kosztow, jest naiwny niczym protosocjalista w stylu wczesnego XIX w.

        • Krzysztof Iszkowski

          A, czyli jednak nie jestem jedynym autorem „Liberte!” krytycznym wobec banków i innych instytucji finansowych. To miłe.
          Jeżeli one chcą nas skubać, to my je również – podatkiem transakcyjnym na przykład. I nie bójmy się przerzucania kosztów: wystarczy dbać o konkurencję między bankami, by opłaty dla klientów nie rosły nawet w obliczu nowego podatku (a jeżeli konkurencji nie będzie, to nawet zwolnienia podatkowe nie sprawią, że opłaty za prowadzenie kont spadną).

  • mosz

    Nic Pan nie zrozumiał.

    • Krzysztof Iszkowski

      To niech mnie Pan oświeci.

  • Tomasz Kłosiński

    Historia lubi się powtarzać: http://www.econlib.org/library/Columns/y2003/Jasayeuro.html

    Ciekawe jest to, że ten tekst operuje dokładnie takimi samymi argumentami (a nawet zwrotami!) jak w debacie szwedzkiej 10 lat temu: marginazliacja Szwecji w w polityce europejskiej i osłabiony wzrost gospodarczy (coś dokładnie odwrotnego ma miejsce od czasu powstania Strefy Euro) miały być skutkami na jakie się narazi Szwecja jeśli odrzuci Euro w referendum. Odrzuciła. Czy obietnice się spełniły? Nie.

    Lepiej przy tej dyskusji rozmawiać o faktach zamiast o swoich osobistych utopiach, bo to nie jest decyzja błaha.