Jak najszybciej do euro

Drukuj

Koalicja rządowa odłożyła na parę tygodni głosowanie nad ratyfikacją paktu fiskalnego – według sejmowej plotki po to, by pokazać, co oznacza pozostanie poza paktem. Pod koniec stycznia ma odbyć się pierwszy szczyt strefy euro według nowych reguł: nie przyjąwszy ich, Polska nie będzie mogła wziąć udziału w obradach. Opinia publiczna dostanie dowód, że postawa promowana przez PiS oznacza marginalizację. Koalicja wykaże się zaś odpowiedzialnością nawołując do przyjęcia paktu i być może zyska nawet parę punktów w sondażach.

Jak zwykle w relacjach o unijnej polityce, telewizyjny przekaz będzie mocno podkręcony. Mimo iż pakt fiskalny podpisało 25 państw członkowskich Unii (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Czech), praktyczne znaczenie ma tylko dla tych, które przyjęły wspólną walutę. To one muszą się stosować do twardszych niż dotychczas limitów zadłużenia i deficytu finansów publicznych (w miejsce uzgodnionych pod koniec lat 90. trzech procent PKB deficytu rzeczywistego, pakt wprowadza 0,5 procent deficytu strukturalnego) i to one podlegać będą sankcjom za ich złamanie. Reszta, w tym Polska, zostanie objęta rygorami paktu dopiero w momencie wejścia do unii walutowej – albo jeśli złożą jednostronną deklarację, że chcą tym obostrzeniom podlegać.

Biorąc to pod uwagę, ratyfikacja ma znaczenie głównie symboliczne: potwierdza wyrażony już 10 lat temu zamiar wprowadzenia euro (jest to jedno z postanowień traktatu akcesyjnego przyjętego w referendum w czerwcu 2003 roku) i wolę utrzymania się w głównym nurcie integracji. Symbolu jednak na długo nie starczy – jeśli nie chcemy, by europejski pociąg odjechał bez nas, w ślad za paktem fiskalnym muszą pojawić się kolejne dowody, że chcemy do niego wsiąść. Jedną z opcji jest dobrowolne poddanie się zapisom tytułów III i IV paktu, które określają limity zadłużenia i procedury jego redukcji. Wbrew pozorom, takie wiązanie sobie rąk może przynieść wymierne ekonomiczne korzyści: pożyczać będziemy mogli wprawdzie mniej, ale (ponieważ wzrośnie polska wiarygodność kredytowa) na niższy procent.

Decyzją przesądzającą, czyPolska znajdzie się w głównym nurcie integracji europejskiej (a więc, czy będzie korzystać nie tylko z funduszy strukturalnych, lecz także z projektowanych wspólnych polityk społecznych) jest oczywiście wejście do strefy euro. Temat ten, pod wpływem histerycznych doniesień o rychłym końcu wspólnej waluty i równoczesnych zapewnień, że Polska jest „zieloną wyspą” stał się w ostatnich latach tabu. Warto jednak do niego wrócić, uświadamiając sobie przy okazji trzy rzeczy:

1. Nie jest prawdą, że utrzymywanie narodowej waluty może odizolować Polskę od skutków ewentualnej drugiej fali europejskiego kryzysu. Świadczy o tym chociażby fakt, że wszystkie pojawiające się w latach 2010-12 katastroficzne wiadomości o rychłym rozpadzie unii walutowej skutkowały… spadkiem wartości złotego wobec euro! Widać to dość wyraźnie na powyższym wykresie (wygenerowanym na stronie xe.com), przedstawiającym kurs euro w złotych na przestrzeni ostatnich 10 lat.

2. Ten sam wykres pokazuje, iż w długiej perspektywie kurs wymiany jest stabilny i oscyluje wokół wartości 4 złotych za 1 euro. Zakładając, że właśnie tę wartość wyznaczonoby jako centralny kurs w momencie włączenia złotego do Europejskiego Systemu Walutowego, to od początku polskiego członkostwa w UE pasmo dopuszczalnych fluktuacji (+/- 15 procent) zostało przekroczone tylko dwukrotnie (po raz pierwszy w wyniku spekulacji w ostatnich miesiącach przed załamaniem rynków finansowych w roku 2008, po raz drugi po tym załamaniu, kiedy na początku roku 2009 krótkoterminowi inwestorzy opuścili Polskę). Oznacza to, że doraźne wahania kursu mogą utrudniać życie polskim firmom, ale i tak mamy do czynienia z wyraźną konwergencją.

3. Europejski System Walutowy, który 30 lat temu stabilizował rynki finansowe, a w ostatnich dwóch dekadach był „poczekalnią” przed członkostwem w strefie euro, zaczął działać w sposób perwersyjny. Porozumienie, które w zamyśle miało umożliwić skoordynowaną akcję banków centralnych na rzecz utrzymania kursu, stało się bodźcem do destabilizacji. Przy obecnej ilości wolnego pieniądza na światowych rynkach (wielobilionowa pomoc dla zagrożonych banków nie trafiła przecież do realnej gospodarki!), spekulacyjny atak na złotego podczas przymusowego udziału w ESW (dwa lata poprzedzające ostateczną wymianę pieniędzy) jest całkiem prawdopodobny. Wskazuje to na celowość zmiany scenariusza wchodzenia do strefy euro, którą polski rząd powinien na poważnie omówić z europejskimi partnerami: wejść po spełnieniu kryteriów kredytowego i fiskalnych (w nowej, zaostrzonej przez pakt fiskalny formule), ale bez dwuletniego okresu przejściowego.

Czytaj również
  • Tomasz Kłosiński

    Argumenty słuszne… ale z drugiej strony nie wiem czy na ołtarzu zacieśniania więzów nowej wspólnoty politycznej jest sens poświęcać rozwój gospodarczy, bo odkąd Strefa Euro powstała wzrost we wszystkich jej krajach członkowskich jest wolniejszy niż przed jej utworzeniem. A po drugie, jeśli nasz dług publiczny dalej będzie rósł i w końcu nikt już nie będzie rządowi chciał pożyczyć pieniędzy to staniemy wobec kryzysu typu greckiego – najłatwiejszym wyjściem z takiego kryzysu jest dewaluacja waluty. Jak to zrobić jak się takowej nie posiada?

    Część ekonomistów (np. Paul Krugman) przekonuje, że Strefa Euro to błąd, gdyż pozbawia państwo manipulacji najważniejszym narzędziem makroekonomicznym do sterowania gospodarką – stopą procentową:
    http://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/finanse-publiczne/rezygnacja-z-niezaleznej-polityki-pienieznej-moze-duzo-kosztowac/

    Dla manie (zdeklarowanego Hayekisty) to akurat zaleta a nie wada, ale ja dostrzegam inne zagrożenie w tym rozwiązaniu – stopa procentowa jest manipulowana przez EBC, nad którym mamy mniejszą kontrolę niż NBP – i jeśli w interesie największych graczy będzie polityka inflacyjna (czy kupowanie śmieciowych obligacji greckich, jak to teraz ma miejsce) to jesteśmy zdani na ich łaskę, bo nie możemy nic zrobić. To temat na osobną dyskusję czy NBP czy EBC lepiej będzie dbało o stabilność waluty, ale fakt jest taki, że na NBP mamy większy wpływ.

    Innym argumentem przeciwko Strefie Euro jest fakt, że prowadzi do tego, co ekonomiści nazywają „jazdą na gapę”. Gdy Grecja miała swoją walutę to nadmierne jej zadłużenie odbijało się na wartości jej waluty. Im więcej Grecja pożyczała, tym mniej warta była jej waluta (tym bardziej biedniała Grecja) – po przyjęciu Euro Grecja mogła zadłużać się bez opamiętania, bo wiarygodność jej waluty oparta była na niemieckiej zdolności do spłacania swoich wierzytelności. Proces ten jest świetnie opisany w książce wydanej przez Instytut Misesa:
    http://mises.org/books/bagus_tragedy_of_euro.pdf

    Ekonomia zdaję się podpowiadać nie wchodź, a serce euroentuzjasty krzyczy wejdź – i cóż począć? :-)

    Inna sprawą jest fakt, że Strefa Euro dąży do centralizacji politycznej Europy. Czy to dobrze czy źle? Z jednej strony Europa spełnia lepsze standardy cywilizacyjne (także rządzenia i gospodarowania – dlatego socjalizm szwedzki jest rozumniejszy niż socjalizm grecki), ale z drugiej strony z historii wiemy, że centralizacja polityczna nie służy wolności osobistej – innymi słowy, czy powstanie paneuropejskiego państwa opiekuńczego, które swoją niewypłacalność z budżetów narodowych przeniesie na poziom pan-europejski będzie nam wszystkim (Europejczykom) służyło? Czy zdolność do większego zadłużenia się jest cechą pozytywną? W ogóle najlepsza książka o centralizacji politycznej to „Dawny ustrój i rewolucja” Alexisa de Tocqueville’a – ja właśnie przez ten pryzmat obecnie patrzę na UE i szczerze przyznam, że jestem sceptyczny. Nie wiem czy strefa wolnego handlu, strefa schengen i wspólne działania na rzecz praw człowieka i rządów prawa (czyli status Szwajcarii) nie wystarczyłyby do harmonijnego rozwoju i podejmowania wyzwań współczesnego świata?

    Zresztą.. trudno wróżyć z fusów. Przyszłość jest zbyt nieprzewidywalna, żeby móc wybrać optymalne rozwiązanie. Dlatego jestem hayekistą i dlatego najchętniej zdenacjonalizowałbym pieniądz. :-)

  • Tomasz Kłosiński

    „Innym argumentem przeciwko Strefie Euro jest fakt, że prowadzi do tego, co ekonomiści nazywają „jazdą na gapę”. Gdy Grecja miała swoją walutę to nadmierne jej zadłużenie odbijało się na wartości jej waluty. Im więcej Grecja pożyczała, tym mniej warta była jej waluta (tym bardziej biedniała Grecja) – po przyjęciu Euro Grecja mogła zadłużać się bez opamiętania, bo wiarygodność jej waluty oparta była na niemieckiej zdolności do spłacania swoich wierzytelności.”

    Trochę to uprościłem, odsetki od długu będą rosły geometrycznie, a Grecja będzie prowadziła politykę inflacyjną, żeby rozcieńczyć dług – to z kolei odbija się na wyborcach, którzy mają bodziec, żeby ukarać rząd.