GarbataPL

Drukuj

Nowoczesnej i globalnie konkurencyjnej gospodarki nie da się zbudować na firmach, które nie dokonują innowacji, a jedynie wypełniają niszę niechcący stworzoną przez urzędników.

„Socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju” – ta złośliwa uwaga Stefana Kisielewskiego przypomniała mi się kiedy na kongresie NowoczesnejPL słuchałem o ciężkiej doli polskich przedsiębiorców. I wcale nie dlatego żebym uważał, że prowadzenie biznesu jest pod rządami Kopacz równie trudne co za Gomułki. Wprost przeciwnie: źle funkcjonujące państwo stwarza możliwość zarobku w tam, gdzie w kraju dobrze zorganizowanym by jej nie było. InPost, którego prezes żalił się na złą jakość polskiej polityki i administracji, odniósł sukces właśnie dzięki nim.

Koronnym przykładem są metalowe blaszki doczepiane do roznoszonych przez InPost listów. Wzięły się stąd, że wymuszoną przez Unię Europejską deregulację rynku usług pocztowych rozpisano na parę etapów: w pierwszej kolejności objąć miała duże paczki, w ostatniej najlżejsze przesyłki. InPost nie chciał jednak czekać dwa lata i te ostatnie zaczął dociążać. Zakpił w ten sposób z prawodawców i poglądu, że monopole można ograniczać stopniowo, przygotowując je do funkcjonowania w konkurencyjnym otoczeniu. Obnażył także krótkowzroczność rządu i parlamentarzystów, którzy transponując unijną dyrektywę do polskiego prawa nie dostrzegli możliwości prostego obejścia nowych przepisów i jej nie zapobiegli.

Drugim prezentem od źle zarządzanego państwa był słynny przetarg na dostarczanie korespondencji sądowej. InPost wygrał go niską ceną, bo jakości usług podczas oceny ofert nie brano pod uwagę. Dopiero poniewczasie okazało się, że to, czy awizowane przesyłki wydaje przeszkolony pracownik poczty, czy ekspedient w sklepie rybnym ma znaczenie. Także tym razem urzędnicy – tym razem z Centrum Zakupów dla Sądownictwa – nie uwzględnili wszystkich czynników i nieświadomie pomogli firmie, która bez państwowego zamówienia rozwijała by się o wiele wolniej.

Oceniany w kategoriach podręczników do mikroekonomii InPost jest bezspornym przykładem sukcesu: wykorzystał istniejące warunki (bezrobocie i przyzwolenie na stosowanie „umów śmieciowych”), stworzył produkt odpowiadający na zapotrzebowanie dużego klienta (tanie dostarczanie przesyłek sądowych) i wypracował solidny zysk. Żadną miarą nie można go jednak uznać za polski odpowiednik Nokii, Apple’a, Skype’a czy Facebooka. O ile podstawą sukcesu wszystkich tych firm była innowacja w klasycznym Schumpeterowskim znaczeniu (wykorzystały wiedzę i technologię do stworzenia wcześniej nieistniejących produktów), o tyle w przypadku InPostu produkt był jak najbardziej znany, a zaistniał jedynie dzięki niedoskonałości regulacji.

Nie posunę się do stwierdzenia, że InPost jest pasożytem. Dzięki niemu wymiar sprawiedliwości zaoszczędził 84 mln złotych, parę tysięcy ludzi znalazło zatrudnienie (na „śmieciówkach” ale zawsze), Poczta Polska poczuła oddech na plecach i przyspieszyła zmiany. Wszystko to było jednak możliwe tylko w specyficznych warunkach III Rzeczpospolitej. Tak jak odpowiedzią organizmu na krzywy szkielet jest wytworzenie garbu, tak samo rozwój InPostu (a także np. minibusów zastępujących transport publiczny w dużej części kraju)  jest reakcją na braki w usługach publicznych, za zapewnienie których państwo powinno być odpowiedzialne. Pod wieloma względami inicjatywy te przypominają kolejkowych staczy w końca lat 80. – oni również wykazali się pomysłowością i zapewniali pożądaną usługę. (Choć mogło być oczywiście gorzej, jak na południu Włoch gdzie nieskuteczność administracji doprowadziła do powstania Mafii.)

Najbardziej trwałym dziedzictwem PRL-u okazuje się być przekonanie, że wszystko co państwowe/publiczne jest złe i nieefektywne, a wszystko co prywatne – dobre i nowoczesne. Gdyby z takiego samego  założenia wychodzili Amerykanie, nie mielibyśmy Internetu, a człowiek do tej pory nie postawiłby nogi na Księżycu. Dlatego dobry program gospodarczy nie może sprowadzać się do hasła „ograniczmy regulację, a wszyscy staną się bogaci” – tak samo jak nie może polegać na wierze w uzdrawiającą (moralnie, ale i ekonomiczne) moc nacjonalizacji. Kryzys gospodarczy z końca poprzedniej dekady przypomniał nam o niedoskonałościach rynków i o tym, że proces osiągania równowagi może trwać długo i być bardzo bolesny (to właśnie z tej obserwacji wzięło się słynne Keynesowskie stwierdzenie, że w długim okresie wszyscy jesteśmy martwi). Dochodzą do tego przemiany technologiczne, które umożliwiają zastąpienie pracy maszynami (czyli kapitałem) w wielu obszarach, które w XX wieku zapewniały milionom ludzi zatrudnienie i zarobek. Pomysły na to, jak poradzić sobie w tej sytuacji już są. Można znaleźć je u Thomasa Piketty’ego, a w Polsce np. w demonizowanym ostatnio Centrum im. Adama Smitha (co ciekawe, w kwestii opodatkowania majątków Piketty i Gwiazdowski mówią jednym głosem). Na Torwarze miesiąc temu naprawdę nowych idei było jednak rozczarowująco mało.

Czytaj również